Ulubieńcy 2017! Kosmetyczne objawienia i rewolucja w makijażu


Dziś wreszcie przychodzę do Was z wpisem podsumowującym ubiegły rok, bo styczeń to czas podsumowań. Bardzo lubię czytać takie posty u innych dziewczyn, dlatego też się na niego zdecydowałam. Na moim blogu pojawiają się cykliczni, dwumiesięczni ulubieńcy, większość z tych produktów powtórzy się w tym poście, a jakże. Ten rok był u mnie bez wątpienia rokiem bloga! Pod wpływem bloga i blogosfery wiele się u mnie zmieniło w kwestii makijażu i pielęgnacji. Zwiększyła się moja wiedza, nie boję się już testować nowych produktów i próbować nowych technik. Jestem bardziej odważna i otwarta na nowości. Cieszę się, że nareszcie jestem w stanie rozwijać swoje pasje i mogę się tym dzielić z Wami na blogu. Nie będę się w tym wpisie skupiać wyłącznie na poszczególnych produktach, ale też na całych markach i seriach, które w ubiegłym roku odkryłam. Opowiem Wam też o tym, co się zmieniło w moim makijażu, a zmieniło się wiele. Usiądźcie więc wygodnie, zorganizujcie sobie herbatkę lub kawkę, bo przypuszczam, że wpis będzie całkiem długi i tak przygotowanych zapraszam Was do dalszego czytania.. 

Pielęgnacja twarzy

vianek serum wzmacniające, vianek wzmacniający krem na noc, tołpa physio tonik serum,

W ubiegłym roku w mojej pielęgnacji twarzy dominowały dwie marki: Vianek (Sylveco, Biolaven) i Tołpa. Udało mi się przetestować i zużyć naprawdę dużo produktów z tych firm. Pokochałam serię pomarańczową, regenerującą z Vianka (recenzja). Krem pod oczy z tej serii był fantastyczny. Jednak wciąż wydawało mi się, że ta seria nie spełnia wszystkich moich wymagań i cięgle czegoś mi w niej brakowało. Gdy tylko zobaczyłam, że Vianek wprowadza serię fioletową, wzmacniającą, wiedziałam, że to coś idealnego dla mnie. Do teraz nie mogę wyjść z zachwytu! Te produkty wspaniale działają na moją skórę, efekty były widoczne już po pierwszym użyciu. Ten duet, czyli serum wzmacniające i krem na noc, spisują się fenomenalnie jako nocna pielęgnacja naczynkowej cery. Mam zamiar wypróbować jeszcze kilku produktów z tej serii i przyjść do Was z pełną recenzją, tak jak zawsze. 

tołpa pianka, tołpa, tołpa płyn micelarny, tołpa green, tołpa łagodzenie, tołpa naczynka,

Na pochwałę zasługuję też Tołpa i ich wszelkie produkty do oczyszczania i tonizowania skóry. Zakochałam się w serii Tołpa Green i namiętnie kupuję żele i pianki z tej serii. Płyny micelarne również są wspaniałe (recenzja), spokojnie radzą sobie z lekkim makijażem oka wykonanym niewodoodpornymi produktami. Nie podrażniają, a wręcz łagodzą skórę. Podoba mi się też to, że posiadają właściwości toniku, więc można nimi przetrzeć buzię po zakończonym demakijażu. W duże, 400 ml butle zaopatruje się w Biedronce. Tak, tam gdzie kupujemy pomidory. Są wtedy w bardzo korzystnej cenie i warto je wrzucić do koszyka. A nuż się zakochacie? Tołpa Green Oczyszczanie z wyciągiem z bławatka i Tołpa Green Łagodzenie z wyciągiem z anyżu i kwiatu lotosu spisały się u mnie w roku 2017 na medal. Moim wielkim ulubieńcem stał się również tonik z Tołpa Dermo Face Physio (recenzja), którego używam codziennie rano przed nałożeniem kremu na dzień. Idealnie przygotowuje skórę na dalsze kroki pielęgnacji i dzięki aplikacji poprzez wklepywanie go dłonią używam go z przyjemnością.

woda różana make me bio, vianek olejek do demakijażu,

Dużą innowacją w mojej pielęgnacji twarzy jest demakijaż olejkiem. Przyznam, że po moich niezbyt dobrych doświadczeniach z oczyszczaniem twarzy metodą OCM, byłam sceptyczna. I tutaj znów postawiłam na sprawdzony Vianek, czyli na Łagodzący olejek do demakijażu z serii różowej. Nasze początki nie były łatwe, musiałam znaleźć na niego dobrą metodę, ponieważ nie jest to typowy olejek hydrofilny i w zetknięciu z wodą nie tworzy się tutaj emulsja. Olejek ten raczej rozmazuje, "rozpuszcza" makijaż podczas masażu twarzy z jego użyciem. Resztki makijażu trzeba następnie czymś zmyć lub zebrać. Ciężko zmywa się go samym żelem albo płynem micelarnym. Zakupiłam więc bawełniane ręczniczki i wszystko stało się prostsze. Ręczniczek moczę w ciepłej wodzie, odsączam z wody i tak ściągam wszystko (olejek i pozostałości makijażu) z mojej buzi. Demakijaż stał się łagodniejszy, mniej podrażnia moją, i tak już bardzo skłonną do zaczerwienień, skórę i jest wieczorną przyjemnością. Zaprzyjaźniłam się również z wodą różaną. Bardzo lubię tę z Make Me Bio. Używam jej jako dodatek do maseczek, ale też do spryskiwania twarzy w ciągu dnia. Na pewno zostanie w mojej łazience na stałe.

Nacomi czerwona glinka, olejek z dzikiej róży,

Odkryciem roku była dla mnie maseczka z czerwonej glinki. Taka ze mnie specjalistka od pielęgnacji cery naczynkowej, że całkowicie zapomniałam o wspaniałych właściwościach tej glinki. Mieszam ją z wodą różaną, olejkiem z dzikiej róży i innymi olejkami, wedle uznania. Maseczkę nakładam raz w tygodniu po zastosowaniu wcześniej peelingu. Przy regularnym stosowaniu zauważyłam wielką różnicę w wyglądzie mojej cery. Jest silniejsza, mniej się czerwieni. Glinka dodatkowo dobrze oczyszcza skórę, tak, że niespodzianki rzadziej mnie nawiedzają (recenzja). Na zdjęciu znajduje się również mój ulubiony olej, czyli właśnie ten z dzikiej róży. Dodaje go do maski, do kremu, nakładam na włosy. Pięknie pachnie. Pięknie działa. Ma dużą zawartość witaminy C, wzmacnia naczynka, widocznie rozjaśnia skórę, ujędrnia ją działając przy tym przeciwzmarszczkowo. Stosowany solo na skórę pięknie się wchłania, nie jest tłusty i ciężki. Ma jednak jedną wadę, a dokładnie kolor. Może barwić ubrania i poduszki, więc trzeba z nim uważać. Wybaczam mu to jednak przez jego wspaniałe działanie.

nacomi czarne mydło, balea płyn dwufazowy,

Buteleczek taniego jak barszcz i skutecznego płynu dwufazowego z Balea przewinęło się przez moją łazienkę naprawdę wiele. Wcześniej moją ulubioną dwufazówką był niebieski płyn z Garniera. Tutaj znalazłam coś podobnego, tylko w mniejszej pojemności i cenie. Jest to idealny płyn na podroż, opakowanie nigdy mnie nie zawiodło. Sam płyn również, bo spokojnie poradzi sobie z wodoodpornym tuszem i eyelinerem, bez podrażnień i tłustej warstwy czy mgły. Rewolucyjne okazało się też czarne mydło, do którego długo podchodziłam jak do jeża. Nie wiedziałam jak mogę go używać, jakie będzie miało działanie na moją cerę. Obecnie używam go z zamiłowaniem do... włosów ;). Tak myje nim włosy, raz w tygodniu w celu ich dogłębnego oczyszczenia. Czarne mydło ma właściwości peelingu enzymatycznego i zbawiennie działa na skórę głowy. Musicie spróbować! Zastępuję mi peeling do skory głowy. Oczywiście czasami używam go do mycia twarzy, kiedy mam mocny makijaż i olejek to jednak za mało. Po użyciu mydła buzia jest czysta aż skrzypi. Kocham takie naturalne kosmetyki, nigdy nie wywołały u mnie niepożądanych skutków ubocznych. 

Pharmaceris T krem z 5% kwasem migdałowym,

Kolejny raz wracam do kremu Pharmaceris T z 5% zawartością kwasu migdałowego. To moja obowiązkowa kuracja na jesień i zimę i wydaje mi się, że moja cera co roku na nią czeka. To stężenie jest dla mnie idealne, nie wyrządza mi krzywdy. Wyraźnie poprawia stan mojej cery po lecie, rozjaśnia przebarwienia i spłyca wypukłości. O mojej kuracji kwasami pisałam Wam w osobnym wpisie (klik). To mój totalny hit i na pewno będę do niego wracać. Zawdzięczam mu dużą poprawę wyglądu mojej cery.

Korres wild rose,

W zeszłym roku miałam przyjemność poznać bliżej grecką markę Korres, głównie serię Wild Rose. O tej marce i tej serii słyszałam same dobre rzeczy, więc gdy tylko dowiedziałam się o możliwości ich przetestowania, byłam ogromnie podekscytowana! Zdradzę Wam jedynie, że wszystko co o nich piszą, to prawda, a następny post będzie recenzją tych kosmetyków i opowiem Wam w szczegółach o moich wrażeniach z ich stosowania. Zainteresowani? ;) 

Pielęgnacja ciała 

Nacomi mus do ciała borówka,

W mojej pielęgnacji bezapelacyjnie rządziło Nacomi! Ich puszyste musy i masła do ciała ujęły mnie swoim zapachem, ale też wspaniałym działaniem na moją skórę! Pokochałam wersję ciasteczko, lubię również mango i borówkę. Te kosmetyki to całkowicie inny rodzaj nawilżenia skóry. Po nich moja, bardzo podatna na przesuszanie, skóra jest wręcz idealnie gładka, odżywiona! i pozostaje w takim stanie przez kilka dni! Takie coś wcześniej się mi nie zdarzało, a maseł i balsamów zużyłam w swoim życiu całkiem sporo. Oczywiści w międzyczasie używam czegoś lekkiego po kąpieli, na przykład olejku do ciała, ale moja skóra nie jest już tak przesuszona, jak bez stosowania tego masła. Uwielbiam je nakładać wieczorem po kąpieli, otula mnie wtedy zapachem. Wszystko nim pachnie, piżama i pościel ;). Rano skóra jest gotowa do akcji, nawet nie wymaga smarowania po porannym prysznicu. Te musy zostaną ze mną, zimą doceniłam ich działanie szczególnie. Polska marka, naturalny skład, to jest wszystko, co Agatka kocha najbardziej. O Nacomi powstał również osobny wpis (klik).

Yves Rocher olejek od prysznic,

Yves Rocher wreszcie mnie do siebie przekonało przyjemnie pachnącymi i delikatnie myjącymi olejkami i żelami pod prysznic. Nie przepadałam za tą marką, ale w ubiegłym roku miło mnie zaskoczyła i kilka produktów dało się polubić. Najważniejszą ich cechą jest to, że nie powodują u mnie podrażnień i przesuszenia skóry po kąpieli. Wiele produktów do mycia właśnie to robi, co je dyskwalifikuje. Tutaj nie miało to miejsca i na pewno będę dalej po nie sięgać. Zapałałam sympatią do kawowego, kemowego żelu pod prysznic i do olejku o zapachu neroli (recenzja klik). Ten z olejkiem arganowym też bardzo lubię, już tylko on mi pozostał. Cieszę się, że wreszcie przekonałam się do tej firmy. 

Yves Rocher peeling do stóp lawendowy,

Pozostając przy Yves Rocher, to jest już totalny hit! Może tego po mnie nie widać, ale jestem leniuszkiem ;). A dokładniej nie lubię komplikować sobie życia. Pielęgnacja stóp nie należy do moich ulubionych czynności, ale muszę o nie dbać cały rok, ponieważ w innym wypadku latem raczej łatwo nie doprowadzę ich do porządku, a tego nie chcę. Ten lawendowy peeling jest ostry, dobrze zdziera i łatwo można wykonać go pod prysznicem. Stópki po jego użyciu są momentalnie gładsze i gotowe na krem. Peeling i krem do stóp to moje maksimum zimą. Z tym peelingiem to w zupełności wystarczy. Lubię go również za jego zapach, naturalnej, nieperfumowanej lawendy. Miałam go ze sobą na wakacjach i bardzo mi się z nimi kojarzy. Ląduje więc na blogu po raz kolejny i niezmiennie polecam!

Peeling

sylveco peeling enzymatyczny, sylveco odżwycza pomadka z peelingiem, Nacomi kawowy peeling kokosowy, szczotkowanie na sucho,

Pamiętałam o regularnym złuszczaniu naskórka.W przypadku twarzy, jak i ciała, muszę być ostrożna i delikatna. Jednak czasem pozwalam sobie na mocniejszego zdzieraka w postaci suchego peelingu kawowego, tutaj akurat kokosowa wersja z Nacomi (recenzja).  Taki mocniejszy peeling wykonuję raz w miesiącu, mojej skórze taka częstotliwość jak najbardziej odpowiada. Zwykle unikałam peelingów kawowych, ponieważ cała przyjemność z jego używania pryskała podczas odgruzowywania łazienki z małych resztek kawy, które pozostają każdym zakamarku kabiny prysznicowej jeszcze na długi czas. Teraz peeling mogę wykonywać w wannie i jest to wtedy o wiele łatwiejsze do wyczyszczenia. W Rossmann kupiłam raz wspaniały peeling kawowy marki Efektima (zielone opakowanie) i jego wspaniały zapach kawy raczej przebił ten z Nacomi. U mnie peeling kawowy sprawdza się szczególnie latem, skóra wtedy jest jędrniejsza i gotowa na opalanie i depilację.  
Starałam się również być systematyczną w szczotkowaniu skóry na sucho, ponieważ zauważyłam pozytywne efekty stosowania tej metody. Z tą regularnością to hmm, różnie bywało, ale na pewno stosuję ją za każdym razem przed depilacją łydek, co zwiększa dokładność depilacji, a szczotkowanie jakiś czas po goleniu zmniejsza tendencję do wrastania włosków. Jest to również bardzo relaksująca czynność i czasem szczotkuję się dla samej przyjemności przed wejściem do wanny z gorąca wodą. Wpis o szczotkowaniu też się już pojawił (klik).
Jeśli chodzi o skórę twarzy, to w tym roku wygrał peeling enzymatyczny z Sylveco. W swoejej konsystencji i zapachu jest dość specyficzny, ale na moją naczynkową cerę działa odpowiednio dobrze. Delikatnie złuszcza naskórek i dzięki niemu nie mam problemu z suchymi skórkami. Wykonuję nim masaż twarzy zawsze przed nałożeniem maseczki z glinką. Można go s powodzeniem stosować 2-3 razy w tygodniu. Skóra po jego użyciu jest gładka, ale nie jest zaczerwieniona i ściągnięta. Na pewno będę do niego wracać.  
Na ustach już od kilku sezonów ląduje odżywcza pomadka z peelingiem Sylveco. Nic nie jest w stanie jej zastąpić! Uwielbiam ją za wszystko! Za formę aplikacji (nie wkładamy tam paluchów), za zapach (mmm migdały), za delikatne, lecz skuteczne drobinki ścierające i za właściwości regenerujące. Śmiało mogę powiedzieć, że odkąd jej używam na moich ustach już dawno nie zawitała opryszczka i suche kąciki. Używam jej regularnie, codziennie rano i dodatkowo przed nałożeniem szminki. To jest mój Kosmetyk Wszech Czasów ;). Kocham takie małe, drobne rzeczy, które mają faktyczne działanie na moją skórę.

  Pielęgnacja włosów 

Vianek szampon wzmacniający, vianek tonik wcierka do skóry głowy,

No i tutaj mamy znów Vianek, cóż za niespodzianka. Po raz kolejny udowadniam, jak bardzo lubię produkty tej marki. Pokochałam szampon wzmacniająco-wygładzający z Bioleven (recenzja) i postanowiłam spróbować również innych produktów z tej firmy. Na chwilę obecną testuję szampon wzmacniający z serii fioletowej z wyciągiem z nasion kozieradki. Jest bardzo podobny w konsystencji i działaniu swojego lawendowego brata z Biolaven, jednak odrobinę mocniej oczyszcza. Mimo to nie podrażnia mojego wrażliwego skalpu, nie powoduje szybszego przetłuszczania i włosy wyglądają po nim bardzo dobrze. Jest to jednak szampon zawierający proteiny i muszę pamiętać, żeby w duecie z nim stosować emolientową, nawilżającą odżywkę. 
Normalizujący tonik wcierka do skóry głowy nie zastąpił mi wcierki Jantar, natomiast jest to bardzo ciekawy produkt. Na pewno delikatnie łagodzi skórę głowy, unosi i wzmacnia włosy. Jego zapach przypomina zapach leków, jest bardzo ziołowy i intensywny. Nie odpowiada mi jego aplikator w postaci sprayu, ponieważ rozpyla za mało skoncentrowaną mgiełkę. Wiem jednak, że prawdopodobnie opakowanie zostało zmienione, więc brawo Vianek.

Vianek odżwycza maska do włosów,

Moje serduszko zabiło mocniej do odżywczej maski do włosów z serii pomarańczowej. Uwielbiam tą serię miedzy innymi za wspaniały, miodowy, ciepły zapach. Ta maska, oprócz wspaniałego aromatu, posiada również fantastyczne właściwości nawilżające i regenerujące. To idealny wybór na okres jesienno-zimowy. Nakładam ją na różne sposoby: na suche włosy na pół godziny pod czepkiem ogrzewając oraz na suche włosy od ucha w dół na kilkanaście minut. W obu tych przypadkach sprawdza się bardzo dobrze, włosy są wygładzone, nawilżone, dociążone i przyjemnie pachnące przez długi, długi czas. Maska ta znalazła się w ostatnich ulubieńcach (klik).

 L'Oreal Mythic Oil, Nivea pianka do włosow kręconych,

W zakresie stylizacji i zabezpieczania końcówek wspaniale sprawowały się te oto produkty. L'Oreal Mythic Oil jest moim wielkim ulubieńcem i musiał się tutaj znaleźć. Nareszcie znalazłam idealny olejek na końcówki dla siebie. Co jest w nim takiego wyjątkowego? Jest lekki i nie obciąża moich włosów, co wcześniej bardzo często miało miejsce. Nie przeszkadza mu to jednak w ochronie moich końcówek i odkąd go używam moje włosy wyglądają bardzo dobrze, pomimo stylizacji ciepłem suszarki. Mniej się rozdwajają, nie elektryzują się. Olejek nakładam na mokre włosy po myciu i zaraz po wysuszeniu na suche. Jest piekielnie wydajny i takie opakowanie wystarcza mi na rok codziennego stosowania. Włączam go na stałe do mojej pielęgnację włosów. 
Do stylizacji i w celu uniesienia odrobinę moich włosów stosuję pianki. Długo szukałam tej idealnej i całkowicie przez przypadek trafiłam na tą z Nivea do włosów kręconych ;). Moje włosy są proste jak druty, żadne loki się na nich nie utrzymają. Więc dlaczego ta pianka? Miałam okazję jej kiedyś użyć i zadziwiła mnie jej lekkość, efekt uniesienia włosów bez ich sklejania, efektu hełmu, co w piankach się zdarza. Mogę jej nałożyć naprawdę dużo, a włosy wciąż wyglądają ładnie, są elastyczne, ale czuć i widać, że jest ich jakby więcej, no i fryzura się trzyma. Pianka ta nie podrażnia również mojej skóry głowy, co jest bardzo istotne. Nie dziwię się, że jest to produkt dedykowany do włosów kręconych, ponieważ na pewno pomaga ona w naturalny i lekki sposób zdyscyplinować loki. Jeśli szukacie fajnej pianki do włosów, to ja szczególnie polecam tą z Nivea.

Makijaż 

Tutaj zmieniło się naprawdę dużo. Jeszcze do niedawna wydawało mi się, że makijaż jest nie dla mnie, że nie mam umiejętności, że moje oczy nie nadają się do makijażu. Myślę, że było to spowodowane strachem przed porażką i tym, że nie wychodzi mi coś tak banalnego, tak prostego dla wszystkich jak makijaż. Jeszcze do wiosny ubiegłego roku kreska na oku i konturowanie były dla mnie wielką tajemnicą. Mój makijaż składał się głównie z podkładu, korektora, tuszu do rzęs, różu i balsamu do ust, to wszystko. Czasem pozwalałam sobie na delikatne podkreślenie rzęs brązową, roztartą kredką. Nie wiem jak to przyjmiecie, ale od bardzo bliskiej osoby usłyszałam bolesne słowa, że co ze mnie za blogerka urodowa, która nie potrafi się pomalować (blogerką być..). Bardzo mnie to ukuło. Jednak, jak to w moim życiu bywa, zamiast płakać w poduszkę postanowiłam działać. Znów odpaliłam kosmetyczne instruktaże, zaczęłam od tych podstawowych sprzed kilku lat, na przykład jak poprawnie nakładać róż, bronzer i rozświetlacz. Może wydawać się to śmieszne, ale z makijażem jest podobnie jak z nauką języka, jeśli robimy błędy, to problem leży u podstaw. Z tych filmów, które już kilka razy wdziałam, dowiedziałam się, że nawet pędzel do różu trzymałam dotąd źle. Nauczyłam się wreszcie konturować powiekę, co w moim przypadku (powieka opadająca) ma istotne znaczenie. Bez tego każdy makijaż oka będzie niewidoczny. Ćwiczyłam na delikatnych brązach, używałam lekkiego bronzera do konturowania i metodą prób i błędów wreszcie zobaczyłam, że to jest to. Dlaczego Wam to piszę? Chciałabym Wam pokazać, że człowiek się całe życie uczy, a zajęcie pozycji ucznia w dorosłym życiu bywa trudne. Mogłam usiąść i płakać lub wziąć się w garść i się nauczyć. Kiedyś wydawało mi się, że wszystko już umiem, wszystko wiem. To był błąd. Mimo że posiadam bloga i pisząc do Was nie raz występuję w roli specjalisty, to wciąż się uczę i to niejednokrotnie od Was. Blog mnie otworzył na nowe. Makijaż to był dla mnie duży krok. Pozwolił mi uwierzyć we własne siły. Potem już poszło. Kreska na oku? Czemu nie! Szminka? Kiedyś używałam jej od wielkiego dzwonu. Nawet wczoraj, przez około dwie godziny, uczyłam się kleić sztuczne rzęsy. Tak, uczyłam się. Z filmikiem i z lustrem obok komputera. To żaden wstyd czegoś nie wiedzieć, musimy o tym pamiętać. Chciałam się rozwinąć dla siebie i dla Was. Zawsze kochałam makijaż, ale na pewnym etapie coś mnie zablokowało. Tak uzbrojona w nową, odświeżoną wiedzę zaczęłam poszukiwać idealnych produktów. Oto kilka moich ulubieńców:

Revlon CS do skóry suchej, BeautyBlender,

Moim niekwestionowanym ulubieńcem jest Revlon CS do skóry suchej. Tak, ten Revlon. Szpachla i zapychacz. Zauważcie jednak, ze złą sławą jest owiana wersja do skóry tłustej, ta matująca. Miałam ją dawno temu i to był całkowicie inny produkt. Wersja do skóry suchej jest jakby lżejsza, daje mniejsze krycie, które oczywiście można budować i całkowicie inne wykończenie. Kiedy przyglądam mu się na twarzy z bliska widzę mikroskopijne drobinki, które odbijają światło optycznie zmiękczając makijaż. Nałożony wilgotną gąbką wygląda niezwykle naturalnie i świeżo, no i jak na Revlon przystało, jest trwały i wygląda dobrze przez długie godziny. Nigdy mnie nie zawiódł.
Zakochałam się też w oryginalnym BeautyBlenderze. Teraz już wiem, dlaczego wszyscy wzdychają do tego drogiego, różowego jajka. To jest gąbka idealna! Ma idealny kształt, materiał, z którego jest wykonana i jest łatwa w utrzymaniu w czystości. Miałam wiele gąbek (recenzja porównawcza) i do każdej miałam jakieś zastrzeżenia. Do BB nie mam żadnych. No może cena, ale biorąc pod uwagę, że używam jej dość długo, to w tym czasie wydałabym podobną kwotę na kilka tańszych zamienników. Zrozumiałam jej fenomen i jestem w stanie zapłacić za nią więcej, bo jest tego warta. Jest trwała, nie zauważyłam na niej dużych śladów użytkowania, poza lekkim odbarwieniem. Myję ją sposobem Maxineczki (prawa zastrzeżone :P) olejkiem i mydłem, domywa się z niej nawet wyżej opisany Revlon. Nakładam nią nie tylko podkład, ale także puder pod oczy. Jest do tego po prostu stworzona. Myślę, że każda z Was powinna chociaż raz spróbować tej oryginalnej gąbki, pierwowzoru. Chociażby po to, żeby mieć dobry punkt odniesienia przy zakupie kolejnych akcesorów do makijażu. 

Inglot Eco Flexi Palette z wkładami HD do konturowania, hakuro h14,

Moja paleta idealna, czyli Inglot Eco Flexi Palette z wkładami HD do konturowania. Beżowy buder 503 nakładam pod oczy, bronzer 514 jest moim ideałem, róż 127 i rozświetlacz 151 idealnie się komponują z pozostałymi kolorami. Kiedy nie wiem czego użyć, to w ruch idzie ta paleta i używam jej niemal codziennie (szczegółowa recenzja). Do konturowania lubię używać pędzla Hakuro H14. Długo czekał na swoje właściwe zastosowanie ;).

NYX Butter Gloss,NYX Ultimate Warm Neutrals,

Moim dużym odkryciem jest marka NYX i ich kosmetyki kolorowe. Zaczęło się od błyszczyków NYX Butter Gloss, a teraz jestem szczęśliwą posiadaczką niemałej gromadki kosmetyków tej firmy. Moją ukochaną paletą jest NYX Ultimate Warm Neutrals (recenzja klik, klik). Makijaż nią robi się sam. Dzięki niej przekonałam się do makijażu w ciepłych barwach. Kocham również ich produkty do ust, zawsze wyglądają na moich ustach dobrze i zachwycają pigmentacją i kolorami. Kiedy makijaż przestał być dla mnie zagadką NYX dał mi wiele produktów, dzięki którym mogę się dalej rozwijać. 


No i usta. Kiedyś nie nosiłam szminek, w ogóle. Nie pasował mi żaden kolor i formuła. Matowe szminki robiły z moich ust pomarszczoną rodzynkę. Nie wyglądało to ładnie. Teraz wybieram bardziej nawilżające formuły, błyszczyki, lekkie szminki. Kolor podbijam konturówką. Dobrze, że mamy teraz większą różnorodność, niż wszechobecny mat na ustach. Mam dość ciemny kolor czerwieni wargowej, więc postawiłam na kredki w kolorach zgaszonego, brudnego różu, brązu i różu z brązem, lekkiego fioletu mauve. Takie kolory na moich ustach wreszcie widać. Niestety nie dla mnie są lekkie nudziaki. W końcu to zrozumiałam ;).

Inglot Eye Shadow Keeper, Maybelline Master Brow pro palette w odcieniu deep brown, pomada do brwi z Inglota z kolorze 16,

Moją ulubioną bazą pod cienie jest i będzie ta z Inglot Eye Shadow Keeper (recenzja). To dzięki niej zobaczyłam, że cienie nie muszą się rolować w załamaniu powieki i mogą wytrzymać na oku długie godziny. Rewolucję przeszedł również mój makijaż brwi (post o produktach do brwi). Od lat wydawało mi się, że moje brwi są gęste i pełne i nie potrzebują dodatkowego podkreślenia. Następnie wybierałam produkty w kolorze włosków (prawie czarne) i moje brwi były ewidentnie za ciemne. W końcu udało mi się znaleźć kilka fajnych produktów, takich jak Maybelline Master Brow pro palette w odcieniu deep brown czy pomada do brwi z Inglota z kolorze 16 (recenzja). Piękne brwi są wisienką na torcie w każdym makijażu. Tego też musiałam się ponownie nauczyć. Znalazłam również idealne narzędzie do makijażu brwi, jest to pędzel Zoeva model 322 Brow Line. Tym pędzlem jestem w stanie w kilku ruchach precyzyjnie podkreślić dolną linię brwi i je wypełnić. Obecnie pędzle Zoeva pokochałam jeszcze mocniej. 

No i to wszystko Moi Kochani! 
Tym wpisem oficjalnie zamykam rok 2017! Rok rozwoju i małych wielkich zmian. 
Trochę się rozpisałam, ale ja lubię pisać, zwłaszcza, gdy temat jest dobry. 
Czekam na Wasze komentarze ♥

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Dziękuję za Twój komentarz, sprawiasz mi nim ogromną przyjemność oraz motywujesz do dalszego działania.
Na każdy komentarz staram się odpowiadać.
Zachęcam Cię również do obserwowania mojego bloga oraz śledzenia mojego profilu w aplikacji Instagram.