Polecam

Projekt denko nr 8 plus filmik

Projekt denko nr 8 plus filmik


Witajcie Kochani! Dziś przychodzę do Was z projektem denko, ale trochę innym niż wszystkie ;). Oj trochę się tego uzbierało, a ja przed urlopem lubię robić porządki w głowie oraz w mieszkaniu, no i przyszedł najwyższy czas, żeby wyrzucić kosmetyczne śmieci! Jest to denko ze stycznia i z połowy lutego, jak zawsze całkiem pokaźnych rozmiarów. Oczywiście wszyscy dobrze wiemy jak to wygląda, nie otwieram nowych produktów na początku każdego miesiąca, wszystko zużywa się z czasem i w innym tempie. Mimo to moje denka są spore, dlatego że niczego sobie nie żałuję i staram się wykorzystywać produkty szybko, w terminie, żeby móc testować dla Was nowe perełki. Jeśli chcecie zobaczyć, co udało mi się zdenkować tym razem, to zapraszam do dalszej części wpisu, gdzie czeka na Was niespodzianka ;).
Co nowego w styczniu? Haul zakupowy

Co nowego w styczniu? Haul zakupowy


Cześć! Dziś przychodzę do Was ze styczniowymi nowościami. W ubiegłym miesiącu pojawiło się u mnie wiele ciekawych nowości. Na niektóre z tych produktów czaiłam się od dłuższego czasu i teraz nie żałuję zakupu, a inne kupiłam zupełnie spontanicznie i okazały się fantastyczne. Ich recenzje na pewno pojawią się w przyszłości na blogu, natomiast teraz zrobiłam dla Was szybki przegląd nowości, żebyście wiedzieli jakich wpisów i kosmetyków możecie się spodziewać u mnie w najbliższych miesiącach. Bez zbędnego przedłużania, zapraszam! 
Ulubieńcy i rozczarowania grudnia i stycznia

Ulubieńcy i rozczarowania grudnia i stycznia


No i mamy luty. Minął już pierwszy miesiąc 2018 roku, z którym przed chwilą się witaliśmy. Czas leci jak szalony, ani się obejrzymy, a będzie połowa roku. Czując ten nieubłagany upływ czasu staram się wykorzystać dobrze każdy dzień, wstawać wcześniej i realizować ustalone plany. Pamiętam również o odpoczynku i o sobie, znajdując w ciągu dnia chociaż chwilę na relaks na kanapie czy małe spa w łazience. Tak minął mi styczeń, miesiąc trudny, ale było w nim kilka miłych dni. Dziś przychodzę do Was z ulubieńcami z dwóch poprzednich miesięcy: grudnia i stycznia. Ogłaszam jednak zmiany i następni ulubieńcy będą pojawiać się na blogu co miesiąc. Myślę, że taka forma jest o wiele wygodniejsza dla mnie i lepsza dla moich czytelników ;). Zdjęcia do aktualnych ulubieńców robiłam dwa razy, powtarzałam je. Zawsze o czymś zapomnę, tak wiele chciałabym Wam pokazać. W tym poście zobaczycie kilka perełek, ale też kilka bubli, które rzadko pojawiają się na mojej drodze, ale jak już się pojawią, to skutecznie psują mi humor. Jeśli ciekawi Was, jakie produkty zasłużyły na miano ulubieńca, a jakie na bubla, to zapraszam do dalszej części wpisu! 

Vianek wzmacniające serum, Vianek wzmacniający krem na noc,

Seria wzmacniająca z Vianka nie mogła się tutaj nie znaleźć! Po raz kolejny napiszę: seria fioletowa to moja seria! Moja naczynkowa cera (i nie tylko cera, mam również szampon do włosów z tej serii) pokochała te produkty. Wcześniej używałam wersji pomarańczowej, odżywczej (recenzja) i te produkty również były bardzo dobre, ale wciąż czegoś mi w nich brakowało. Czekałam również na dodatkową, całą serii\ę z Vianka, która idealnie spełniałaby moje potrzeby. I nagle jest, cała gama produktów do cery skłonnej do zaczerwienień, do osłabionych włosów, kojąca pomadka i masło do podrażnionej, suchej skóry. Wszystko dla mnie. Sukcesywnie dokupuję kolejne produkty i każdy mnie zachwyca. Tak jak ten duet:  Vianek wzmacniające serum i Vianek wzmacniający krem na noc. Te kosmetyki wspaniale się uzupełniają. Najpierw kupiłam serum, jednak jest ono bardziej skoncentrowaną wersją kremu i najlepiej sprawdza się stosowane na mniejsze partie skóry, na przykład na policzki, gdzie mam największe zaczerwienienia. Gdy serum delikatnie się wchłonie, aplikuję krem na noc na całą twarz. Krem jest lżejszy od serum, nie mam więc problemu z nakładaniem go na problematyczną strefę T. Zaraz po nałożeniu kosmetyków czuję, jak moje czerwone policzki bledną, rumień i uczucie gorąca znika. Rano buzia jest jasna i promienna, a do tego doskonale nawilżona! To był idealny wybór na chłodniejsze miesiące, kiedy moja cera walczy z nawracającym rumieniem i przesuszeniem. Kiedyś używałam jedynie specjalistycznych produktów, kremów z apteki, których ceny nie raz nadszarpnęły mój portfel. Nigdy bym się nie spodziewała, że te naturalne, polskie kosmetyki mojej ulubionej marki, będą tak dobrze działać na moją skórę. Jeśli, podobnie jak ja, borykacie się z problemem rozszerzonych naczynek, to musicie koniecznie spróbować fioletowej serii z Vianek! 

 Balea Aqua Tuchmaske,

Do maseczek w płachcie mam dość specyficzne podejście. Ceny oryginalnych, azjatyckich płacht dochodzą niekiedy nawet do 20 złotych. Oczywiście cena jest w tym przypadku czymś subiektywnym. Jednak ja osobiście uważam, że to całkiem sporo, jak za jednorazowy zabieg. U mnie już chyba minął szał na koreańską pielęgnację i absolutnie mnie do niej nie ciągnie. Pielęgnacyjne zostaje w Europie ;). Jednak wiele zachodnich firm kosmetycznych wprowadza swoje maseczki w płachcie, tak jak Balea. Balea jest marką własną drogerii DM, a ich ceny należą do tych niższych. Ze składami rożnie bywa, warto je analizować przed zakupem. O Balea Aqua Tuchmaske słyszałam wiele pozytywnych opinii od zagranicznych, jak i polskich blogerek, więc postanowiłam ją wypróbować. Faktycznie jest tak dobra jak wszyscy mówią! Używam jej regularnie, raz w tygodniu. Najlepiej sprawdza się jako dodatkowy zastrzyk nawilżenia po całym, ciężkim dniu w makijażu lub następnego dnia po wieczornym wyjściu. Lubię ją też nakładać podczas domowego spa w wannie. Maska ta, jak na Balea, ma całkiem fajny skład i naprawdę dobre właściwości łagodzące i nawilżające. Uwielbiam ten przyjemny chłód płachty na mojej podrażnionej, zmęczonej twarzy. Esencja szybko się wchłania i nie pozostawia klejącej warstwy, często zostawiam ją na noc w ramach wieczornej pielęgnacji lub jako nawilżające serum pod krem na dzień. Przez te dwa miesiące zużyłam naprawdę sporo opakowań tego produktu (zobaczycie w denku) i jak na razie ciężko mi znaleźć coś lepszego w tak korzystnej cenie (4 złote z groszami). Podczas wizyty w DM polecam Wam wrzucić kilka sztuk tej maseczki do koszyka, nie będziecie zawiedzione. 

Wahre Schätze Intensiv-Spülung Ahorn Balsam, L'biotica Biovax Glamour Diamond OleoKrem 'Oleje amazońskie babassu i pequi',

L'biotica, Biovax, Glamour Diamond OleoKrem 'Oleje amazońskie babassu i pequi' został bohaterem w mojej łazience pod koniec grudnia, kiedy moje końcówki były przesuszone i wołały o pomoc. Była to dla mnie dość dziwna sytuacja, ponieważ dwa tygodnie wcześniej podcinałam włosy u fryzjera. Winowajcami okazali się: ciepły, wełniany, ale szorstki szalik, sezon grzewczy, niesprzyjające warunki pogodowe i przeproteinowanie. O Oleokremie czytałam już wiele razy, między innymi u Basi oraz Agnieszki i każda z nich stwierdziła, że wersja diamentowa jest ich ulubioną. Od jakiegoś czasu myślałam o dodatkowym zabezpieczeniu włosów w postaci odżywki bez spłukiwania, ale po tak pozytywnych recenzjach bez wahania sięgnęłam po ten produkt na promocji w Hebe. Już po pierwszym użyciu Oleokrem mnie zachwycił i oczarował mnie jego zapach, niezwykle kobiecy i elegancki. Aplikuję odrobinę kremu na mokre włosy po umyciu, zamiast olejku na końcówki. Włosy po wysuszeniu zachwycają miękkością, są gładkie i błyszczące. Suche, szorstkie końcówki zniknęły. Przyjemny aromat całkiem długo utrzymuje się na kosmykach, co jest jak najbardziej na plus. Po ilości kosmetyku używanej do jednorazowej aplikacji domyślam się, że będzie to produkt piekielnie wydajny. Za co jeszcze bardziej zaskarbił sobie moją sympatię ;). 

Kolejnym hitem do włosów jest odżywka Garnier Wahre Schätze Intensiv-Spülung Ahorn Balsam. Niestety jest to wariant niedostępny w Polsce ;(. Ubolewam nad tym, bo odżywka jest świetna. Widzę jednak, że Garnier powoli wprowadza nowości i do Nas, więc mam nadzieje, że i ta dotrze. Jest to typowa, gęsta, emolientowa odżywka, która otula nasze włosy nawilżającym płaszczem. Doskonale ułatwia rozczesywanie i sprawia, że włosy po wysuszeniu dobrze się układają. Razem z opisanym wcześniej Oleokremem tworzą idealną, zimową pielęgnację moich włosów. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz były tak miękkie i błyszczące, jak obecnie. Odżywka zawiera olejek rycynowy i ekstrakt z klonu, pachnie natomiast karmelem! Jest to niezwykle przyjemny, długo utrzymujący się zapach. Używanie jej to istna rozkosz dla zmysłów. Kupując tę odżywkę nie sądziłam, że będzie się aż tak dobrze spisywać, ponieważ za produktami Garnier do włosów raczej nie przepadam. Warto się jednak przełamywać i dzięki temu odkrywać perełki. To kolejna pozycja obowiązkowa do kupienia podczas wizyty w DM.

olejek Lirene z olejkiem Inca Inchi,

Olejek pod prysznic, to moje must have w ramach zimowej pielęgnacji mojej skóry. W tym roku wybrałam ten z Lirene z olejkiem Inca Inchi. Długo czekał na swój debiut i wyciągnęłam go z zapasów w najbardziej odpowiednim momencie. Obecnie moja skora przechodzi najtrudniejszy okres, skóra głowy, dłonie, uda, ramiona - wszystko prosi się o nawilżenie. Uwielbiam też brać w tym okresie ciepły, rozgrzewający prysznic, jednak ta przyjemność często kończy się przesuszeniem skóry, lecz dzięki odpowiednim produktom do mycia można tego uniknąć. Olejki pod prysznic lubię, ale bardzo często mam po nich wrażenie nieumytej skóry. Olejek Lirene jest inny, w zetknięciu z wodą zamienia się w białą emulsję, która delikatnie, ale dokładnie myje nie wysuszając przy tym skóry. Po prysznicu z tym olejkiem nie zauważyłam żadnych negatywnych skutków kąpieli, ciało jest czyste, skóra miękka i przyjemnie pachnąca. Olejek posiada też bardzo subtelny zapach, trochę jak lekkie, męskie perfumy, oczywiście w pozytywnym znaczeniu. Bardzo go polubiłam i sięgałam po niego w ubiegłych miesiącach z przyjemnością. Zdecydowanie polecam Wam ten produkt! Na zimę jak znalazł!;) 

Alverde Körperlotion Soft-Öl-Balsam Bio-Mandel Bio-Sheabutter,

Polubiłam się również z balsamem z Alverde Körperlotion Soft-Öl-Balsam Bio-Mandel Bio-Sheabutter. Produkt ten bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Miałam już kilka produktów do ciała z tej firmy i wszystkie były przeciętne, a ten jest bardzo dobry. Do zakupu skłonił mnie jego fantastyczny zapach, pachnie jak domowy sernik na zimo! To coś dla łasuchów. Podczas aplikacji odrobinę traci słodkie nuty i staje się bardziej organiczny, mocniej wyczuwalne jest maslo shea. Jest to lekki balsam, który szybko się wchłania i nie pozostawia tłustego filmu. Nie oznacza to, że nie nawilża skóry. Nawilżenie jest wyczuwalne i długo utrzymuje się na skórze, podobnie jak słodki, migdałowy zapach, który jakimś cudem powraca i cały dzień możemy pachnieć jak smakowite ciasto. Aplikowałam go z przyjemnością po porannym prysznicu, jego słodki zapach skutecznie poprawiał mi nastrój, a konsystencja sprawiała, że mogłam się szybko ubrać. Jest to jeden z lepszych balsamów z Alverde, jakich miałam okazję używać. Tym bardziej cieszę się, że wchodził w skład nagrody w moim urodzinowym konkursie na blogu.

Maybelline Master Brow pro palette,

W ostatnim czasie bardzo modne stały się pomady do brwi. Sama posiadam pomadę z Inglota w kolorze 16 i bardzo ją lubię. Jednak, gdy zależy mi na bardziej naturalnym efekcie, delikatnym podkreśleniu brwi, sięgam po tę paletkę. Maybelline, Master Brow pro palette to najlepiej skomponowany set do brwi z jakim miałam styczność. W paletce znajduje się delikatnie koloryzujący wosk, brązowy cień i jasny, delikatnie opalizujący beż. Dlaczego zdradzam pomadę z woskiem? Moje brwi są z natury dość grube i pełne, a w ich makijażu staram się jedynie wyrysować, podkreślić ich linię, delikatnie wypełnić i przedłożyć łuki. Korzystając z pomady osiągam o wiele wyrazistszy efekt, praktycznie nowych brwi. Lubię go, ale w szczególności na większe wyjścia i do mocniejszego makijażu oka. Na co dzień spokojnie wystarcza mi ta paletka. Cień i wosk posiadają idealny kolor, nie za ciemny i nie za ciepły odcień brązu. Beżowy cień, dzięki delikatnym właściwością rozświetlającym, doskonale nadaje się do nakładania pod łuk brwiowy. Do wykonywania szybkiego, prostego makijażu dziennego, często korzystam z cieni zawartych w palecie (a palety cieni leżą i czekają..:)). Brązem podkreślam załamanie powieki, a beż ląduje na powiece ruchomej. To bardzo uniwersalna paleta i w ostatnim czasie sięgałam po nią zdecydowanie najczęściej.

Catrice - LUMINOUS LIPS,

 Przekonałam się również do czerwieni na co dzień i w okresie świątecznym chętnie sięgałam po pomadkę Catrice - LUMINOUS LIPS - rozświetlającą pomadkę do ust w kolorze pięknej, wiśniowej czerwieni 130 BRIGITTE LOVES BORDEAUX. Jest to niezwykle twarzowy, wybielający zęby kolor, który dobrze sprawdza się w makijażu dziennym. Ubolewam, że te pomadki nie są już dostępne w ofercie marki, wielka szkoda. Szminki te łączyły wszystko, czego poszukuję w produktach do ust: dobrą pigmentację, piękne kolory, właściwości nawilżające i lekko błyszczący efekt na ustach. Szminka zgrany idealny duet z konturówką tej samej marki o podobnym odcieniu (040, również już niedostępny w ofercie). Kreska brązowym eyelinerem, lekki błysk na oku, podkreślone policzki i czerwona szminka - to był mój ulubiony grudniowy makijaż. Muszę przyznać, że czerwień na paznokciach idealnie komponuje się z czerwienią na ustach. W tym roku chciałabym się przełamać i jeszcze częściej nosić ponadczasową czerwień, nawet do prostych makijaży. 

Puder do modelowania twarzy Inglot HD FREEDOM SYSTEM w kolorze 503,

Ten puder to moja miłość od pierwszego użycia. Puder do modelowania twarzy INGLOT HD FREEDOM SYSTEM w kolorze 503 jest moim ideałem do rozświetlania okolic pod okiem. Nakładam go mokrą gąbeczką do makijażu, dzięki czemu uzyskuję najlepszy efekt lekkiego krycia i wygładzenia. Puder posiada ładny, beżowy, jasny kolor, delikatnie chłodny i zaraz po aplikacji widoczny jest efekt rozjaśnienia okolic pod okiem. Puder, dzięki zawartości delikatnych, odbijających światło drobinek, sprawia, że spojrzenie wydaje się być bardziej świeże i wypoczęte, nawet po nieprzespanej nocy. Produkt ten dobrze dogaduje się z każdym korektorem. Pokochałam go również za to, że nie potrzebuję go dużo (jak w przypadku sypkich produktów) do osiągnięcia pięknego efektu pod okiem. Na zdjęciu widzicie już kolejne opakowanie, jeden wkład praktyczniej zużyłam, ponieważ sięgam po niego codziennie. Wykonując makijaż nakładam go  również na nos, brodę, łuki brwiowe, w celu uwydatnienia tych partii twarzy oraz na żuchwę do wyostrzenia linii konturowania. Ten produkt bardzo pozytywnie mnie zaskoczył i na pewno zostanie w mojej kosmetyczce na dłużej!

Paleta Make Up Revolution Flawless,

Make Up Revolution Flawless to paleta, po którą sięgałam ostatnio praktycznie przy każdym makijażu dziennym lub kiedy nie miałam pomysłu na makijaż. Posiadam też inne palety cieni, takie jak NYX czy Zoeva, jednak ta z MUR daje mi o wiele więcej możliwości do stworzenia lekkiego, dziennego, miękkiego makijażu. Nie trzeba wkładać wiele pracy w blendowanie cieni, wystarczy kilka ruchów pędzlem, a kolory same fantastycznie w siebie przechodzą. Mamy tutaj kilka wykończeń, głownie satynowych, perłowych i mocno brokatowych. Kolory nie są bardzo intensywne, dlatego fantastycznie sprawdzają się na dzień. Najczęściej korzystam z brązów, beżów i róży w trzech pierwszych rzędach palety. Łącząc je między sobą za każdym razem mogę uzyskać inny efekt. Cieszę się, że wreszcie mam tę paletę u siebie i, że aż musiałam ją wygrać, żeby ją mieć ;). Słyszałam o niej wiele dobrego, już bardzo dawno temu, w czasie studiów, ale zawsze były ważniejsze wydatki. Teraz jest doskonałym narzędziem do nauki makijażu, bez obaw o plamy i źle roztarte cienie. Jeśli rozpoczynacie przygodę z makijażem lub nie czujecie się pewnie w pracy z cieniami, albo poszukujecie taniej i dobrej, dziennej palety, to polecam Wam gorąco tą klasyczną MUR. 

Max Factor Masterpiece MAX,

I na sam koniec pochwale się Wam moim odkryciem, bo chyba odnalazłam swój ulubiony tusz do rzęs. To prawdopodobnie ten jedyny! O moich faworytach, tuszach, które najlepiej się u mnie sprawdzają, pisałam Wam już w osobnym poście (klik). Tam również znajdowała się maskara z MF, natomiast w innej wersji. Tusze z MF bardzo lubię, moim zdaniem mają idealną formułę. Od samego początku są dobrej konsystencji, są trwałe, nie odbijają się i bezproblemowo zmywają, nawet delikatnym płynem micelarnym. Miałam już słynne 2000 Calorie, False Lash Effect, ale w każdym z tych tuszy przeszkadzała mi szczoteczka, a tusz Max Factor, Masterpiece MAX jest w tej kwestii ideałem. Mamy tutaj prostą, smukłą, silikonową szczoteczkę, która dociera do każdej rzęsy dokładnie je rozdzielając. W tej prostej szczoteczce tkwi fenomen tej maskary. Po Masterpiece moje rzęsy są idealne, jak z obrazka, bez sklejania, bez pajęczych nóżek. Wystarczą dwie warstwy, a włoski wyglądają jak doklejone, to prawdziwy efekt sztucznych rzęs. Nawet solo, jedynie sam tusz na rzęsach, daje piękny efekt i tworzy cały makijaż. Prosta szczoteczka i formuła Max Factor to coś, do czego bardzo chętnie będę wracać i do czego wszystkie inne tusze będę porównywać. Max jest niekwestionowanym królem tuszy do rzęs! ;)

hialuronowe intensywnie nawilżające płatki pod oczy z Lbiotica, płatki pod oczy Lbiotica,

A teraz trochę sobie ponarzekamy ;). Wiecie, jak bardzo lubię polskie marki, więc przy okazji ostatnich zakupów w Hebe wrzuciłam do koszyka te hialuronowe, intensywnie nawilżające płatki pod oczy z Lbiotica. Od czasu do czasu lubię zrobić sobie małe spa i położyć pod oczy takie płatki, zwłaszcza kiedy widzę w tych okolicach oznaki zmęczenia. Te płatki od razu zaskoczyły mnie swoją postacią, ponieważ są to po prostu suche plastry, które naklejamy pod oczy i pod wpływem ciepła ciała składniki aktywne mają zacząć działać i nawilżać, odżywiać naszą skorę. Tak też zrobiłam, co nie był zbyt przyjemne. Używałam wcześniej produktów tego typu i najczęściej były w postaci nasączanego bawełnianego lub żelowego płatka. Chwilę po aplikacji zaczęłam odczuwać lekkie pieczenie, mrowienie i do oczu napłynęły mi łzy. Postanowiłam płatki odkleić, co również nie było specjalnie komfortowe, ponieważ ciągnęły skórę. Przez tą krotką chwilę składniki zawarte w płatkach raczej nie miały możliwości się uaktywnić i zamiast z wypoczętym spojrzeniem, skończyłam z czerwonymi, załzawionymi oczami. Prawdopodobnie wystąpiło u mnie uczulenie, mimo to nie wiem w jakim celu powstały te płatki/plastry i co autor miał na myśli. Płatki ani nie nawilżają, ani nie chłodzą, ani nie przynoszą ukojenia. Pisząc krotko, szczerze nie polecam tego produktu.

Paese Liquid Powder Double Skin Aqua,

I na sam koniec podkład, w którym pokładałam wielkie nadzieje, a który zawiódł mnie na całej linii, czyli Paese Liquid Powder Double Skin Aqua. Marzył mi się podkład polskiej firmy, lekki, nawilżający, idealny na wiosnę. Pierwszy raz zawiodłam się, kiedy Paese postanowiło zmienić opakowania i zrezygnowało z buteleczek z pompką na rzecz wielkiego, niehigienicznego aplikatora. Kolejnym rozczarowaniem okazał się kolor (wybierałam na stoisku) i Pani ekspedientka doradziła mi najjaśniejszy, który okazał się być dużo za jasny z różowymi tonami (ponoć miał mocno oksydować, czego nie zauważyłam). Zasmuciła mnie też cena, ponieważ za ten podkład zapłaciłam coś około 70 zł, gdzie całkiem dobry podkład mogę już kupić w Rossmann za połowę tej ceny. Podkład okazał się wielkim niewypałem, totalnie nie krył nawet małych przebarwień i zaczerwienień. Próbowałam nakładać go na różne sposoby i za każdym razem efekt nie do końca mnie satysfakcjonował. O wiele lepiej od niego sprawdzają się podkłady mineralne lub lekkie kremy BB. Na skórze staje się widoczny i podkreśla wszystkie suche skórki (jest to podkład nawilżający..). Powstała o nim nawet osobna recenzja (klik), w której pisałam o produktach marki Paese. Od czasu tego wpisu dawałam mu szansę kilkakrotnie, nakładając jako korektor pod oczy, mieszając z innymi produktami, niestety za każdym razem wychodziła klapa. Nie pozostaje mi nic innego, jak się z nim pożegnać, bo raczej nic z tego nie będzie. Nie widzę sensu trzymania go w szufladzie ani oddawania go komukolwiek. Jeśli znacie jakieś fajne podkłady polskich marek kosmetycznych, to koniecznie dajcie znać!

I to już wszyscy moi ulubieńcy i kilka rozczarowań. Tak jak wspominałam we wstępie, ulubieńcy będą pojawiać się w tym roku co miesiąc, co moim zdaniem jest o wiele lepszym rozwiązaniem i znacznie skróci wpisy tego typu. Kolejną nowością jest nowe oświetlenie (lampa pierścieniowa 40W), a co za tym idzie - trochę inny wygląd zdjęć. Wciąż eksperymentuje, mam nadzieję, że się Wam podobają ;).

Dajcie znać, czy miałyście okazję używać produktów, o których dziś wspomniałam i czy u Was spisały się równie dobrze, czy może okazały się  bublami. 
Czekam na Wasze komentarze!
Korres - dzika róża w greckiej pielęgnacji

Korres - dzika róża w greckiej pielęgnacji


Dzień dobry! Dziś przychodzę do Was z długo wyczekiwaną recenzją kosmetyków greckiej marki Korres. Dlaczego tak długo zwlekałam z tym wpisem? Ponieważ chciałam te produkty gruntownie przetestować i sprawdzić, jak się u mnie spiszą w dłuższym okresie stosowania. Wszystkie kosmetyki przyleciały do mnie prosto z Aten, skąd owa marka się wywodzi. Założył ją w 1996 roku George Korres - aptekarz, który zaczął tworzyć własne, naturalne kosmetyki, bazujące na lokalnej roślinności. Przyznam, że bardzo lubię, kiedy marki naturalne wykorzystują dobrodziejstwa własnego kraju i używają do produkcji swoich kosmetyków nawet tych, najbardziej pospolitych roślin, uzyskując z nich drogocenne ekstrakty. Ogromną radość sprawia mi również kupowanie w formie pamiątek kosmetyków regionalnych kraju, w którym wypoczywam. Uważam, że to jeszcze bardziej pomaga mi poznać dany zakątek świata i to od całkiem innej strony. Gdy tylko dowiedziałam się o możliwości przetestowania kosmetyków marki Korres byłam bardzo podekscytowana, ponieważ słyszałam o niej, jak dotąd, same pozytywne opinie. Grecji nie miałam jeszcze okazji odwiedzić, ale mogę mieć jej namiastkę w swojej łazience. Dziś skupię się głównie na kosmetykach z serii Wild Rose, czyli zawierających wyciąg z dzikiej róży. Jest to linia produktów mocno nawilżających i rozjaśniających cerę, wyrównujących koloryt skory. Jeśli te kosmetyki znajdują się w kręgu Waszych zainteresowań i chcecie dowiedzieć się o nich czegoś więcej przed zakupem, to mam nadzieję, że ten wpis zaspokoi Waszą ciekawość i pomoże w podjęciu decyzji! Zapraszam!

Ulubieńcy 2017! Kosmetyczne objawienia i rewolucja w makijażu

Ulubieńcy 2017! Kosmetyczne objawienia i rewolucja w makijażu


Dziś wreszcie przychodzę do Was z wpisem podsumowującym ubiegły rok, bo styczeń to czas podsumowań. Bardzo lubię czytać takie posty u innych dziewczyn, dlatego też się na niego zdecydowałam. Na moim blogu pojawiają się cykliczni, dwumiesięczni ulubieńcy, większość z tych produktów powtórzy się w tym poście, a jakże. Ten rok był u mnie bez wątpienia rokiem bloga! Pod wpływem bloga i blogosfery wiele się u mnie zmieniło w kwestii makijażu i pielęgnacji. Zwiększyła się moja wiedza, nie boję się już testować nowych produktów i próbować nowych technik. Jestem bardziej odważna i otwarta na nowości. Cieszę się, że nareszcie jestem w stanie rozwijać swoje pasje i mogę się tym dzielić z Wami na blogu. Nie będę się w tym wpisie skupiać wyłącznie na poszczególnych produktach, ale też na całych markach i seriach, które w ubiegłym roku odkryłam. Opowiem Wam też o tym, co się zmieniło w moim makijażu, a zmieniło się wiele. Usiądźcie więc wygodnie, zorganizujcie sobie herbatkę lub kawkę, bo przypuszczam, że wpis będzie całkiem długi i tak przygotowanych zapraszam Was do dalszego czytania.. 
❄Grudniowe nowości❄

❄Grudniowe nowości❄


Grudzień sprzyja zakupom. W tym wyjątkowym miesiącu ogarnia nas istne szaleństwo kupowania, mamy wtedy ochotę sprawić swoim bliskim oraz sobie coś wyjątkowego. Grzeczne dziewczynki i chłopcy, a zakładam, że wszyscy moi czytelnicy są grzeczni, otrzymują w tym czasie wymarzone prezenty, którymi warto się pochwalić. Grudzień to okres uszczęśliwiania siebie innych, aż szkoda, że już się skończył. Pozostały natomiast drobiazgi wywołujące uśmiech na twarzy, ciepło w sercu i budzące wspomnienia świątecznych dni. I między innymi z takimi produktami dziś do Was przychodzę ;). Część to prezenty, reszta to grudniowe zakupy. Zdjęcia są wciąż utrzymane w zimowym, styczniowym klimacie, choć jak widzimy za oknem, zimie się do nas nie śpieszy. Sama poszukuję już nowych, ożywiających zdjęcia, wiosennych dodatków. Zapraszam! 
Copyright © 2016 Hellojza About Beauty , Blogger